wtorek, 9 października 2018

6. Zaginiona królowa Egiptu.



Pora na coś innego niż dotychczas. Jakoś prawie rok temu zaczęłam czytać książkę Nicka Drake „Zaginiona królowa Egiptu”, przeczytałam coś około 40 stron i odłożyłam, teraz nadszedł czas, żeby sięgnąć po nią z powrotem i ją skończyć. Powieść ta jest to kryminał osadzony w jak sama nazwa wskazuje starożytnym Egipcie. Swego czasu bardzo interesowałam się tematyką Egiptu i ogólną jego kulturą, więc teoretycznie książkę powinnam z lekkością pochłonąć na raz. Czy tak było? Nie do końca…

Akcja książki rozpoczyna się w momencie gdy Rahotep – Medżaj (funkcjonariusz policji) i tropiciel zagadek - otrzymuje zawiadomienie, że musi pilnie stawić się na dworze króla Echnatona. Nie otrzymuje żadnych wskazówek co do celu tego rozkazu. Po wielu wewnętrznych rozterkach żegna się z żoną Tanefert oraz swoimi trzema córkami i wyrusza w wyprawę do miasta Achetaton, miasta od podstaw zbudowanego przez króla Echnatona i jego małżonkę królową Nefretete. Rahotep nie ma pojęcia czego chciałby, od zwykłego człowieka, za jakiego się uważał, król wszystkiego. Tropiciel zdaje sobie sprawę, że to musi być coś poważnego, a co za tym idzie, że będzie narażony na wiele niebezpieczeństw. I tak, też się dzieje, że już na samym początku drogi ktoś przeprowadza zamach na jego życie, z którego udaje mu się wyjść obronną ręką.

Gdy Rahotep w końcu w miarę bezpiecznie dociera do miasta, spotyka się wpierw z Mahu – szefem policji, który to od razu nie pała do niego sympatią i prowadzi on go przed oblicze wielkiego Echnatona. Dopiero tu tropiciel dowiaduje się jakie są wobec niego oczekiwania. Mianowicie jak można domyśleć się po tytule, w niewyjaśnionych okolicznościach ginie królowa Nefretete. Za 10 dni w Achetaton ma się odbyć uroczysty festiwal, na który nadciągają możni i wpływowi ludzie z wielu zakątków świata i który ma na celu ukazanie boskiej władzy króla. Festiwal nie może odbyć się bez udziału królowej, ponieważ to w znacznym stopniu podważyłoby ową władzę. Tak więc o to wielki Echnaton rozkazuje Rahotepowi za wszelką cenę odnaleźć królową przed rozpoczęciem festiwalu, w przeciwnym razie za równo tropiciel zagadek jak i jego piękna żona oraz wspaniałe córki zginą tragiczną śmiercią.

Tak też przyparty do muru mężczyzna nie mając wyjścia rozpoczyna niebezpieczną grę zarówno polityczną jak i psychologiczną. Przychodzi mu zmierzyć się z najbardziej wpływowymi ludźmi ówczesnego świata. Czyha na niego wiele niebezpieczeństw. Jego droga  usłana jest trupami. Zdrada jest tu czymś powszechnym. Nie wiadomo komu można zaufać, a kogo się wystrzegać.

Jaki będzie tego finał? Czy Rahotepowi uda się odnaleźć zaginioną królową? Czy też nie podoła zadaniu a jego rodzina zginie w męczarniach? A może też odnalezienie królowej wcale nie będzie rozwiązaniem wszystkich problemów? Aby uzyskać odpowiedzi na te pytania, należy sięgnąć po tę książkę i samemu się przekonać.

Książka fabularnie jest świetna. Czytając można odczuć dreszczyk emocji i przyspieszone bicie serca. Czuć tu skwar egipskiego słońca i cień pałacowych komnat. Jedynym minusem tej książki są moim zdaniem opisy. Z jednej strony bardzo dokładnie pozwalają nam się wczuć w klimat i w miejsce, z drugiej jednak ta skrupulatność jest strasznie męcząca. Często czytając te tak długie opisy łapałam się na tym, że po chwili gubiłam wątek i musiałam zaczynać czytanie tego opisu od początku, żeby zrozumieć o co chodzi. Akcja toczyła się normalnym, czasem zbyt powolnym tempem, co było dosyć dobre,  ale było parę momentów, w których akcja tak szybko leciała, że miało się taką myśl „Chwila, chwila. Co tu się właśnie stało?!” i znów trzeba było czytać to jeszcze raz żeby w pełni zrozumieć to co autor chce nam przekazać.

 Bardzo przeszkadzało mi to, że było tu mało dialogów, za to dużo rozległych opisów wszystkiego. Niezbyt lekko się ją czytało, niemniej jednak sama historia była bardzo ciekawa, spodobała mi się i polecam ją nie tylko fanom klimatów egipskich.

Treść książki: 7,5
Jakość książki: Dosyć ciężko szło czytanie.
Pozostawione uczucia: ciekawość
Uwagi: Zawarte w książce postacie i niektóre fakty są autentyczne, co moim zdaniem sprawia, że książka jest jeszcze ciekawsza.

poniedziałek, 8 października 2018

5. Kamienica pod szczęśliwą gwiazdą / Szczęście czy rozczarowanie?



Pierwszy raz od bardzo dawna nie mogę wyrobić sobie jednoznacznej opinii o jakieś książce. Tą książką jest „Kamienica pod szczęśliwą gwiazdą” Agnieszki Krawczyk. Nie mogę powiedzieć, że jest to dobra książka, ale nie stwierdzę też, że jest ona kompletnie zła. Jakieś pół roku temu przypadkiem kupiłam ją, bo była na promocji, ale dopiero ostatnio mając dosyć mroczniejszych i poważniejszych klimatów, sięgnęłam po nią.

Akcja książki zaczyna się gdy młoda kobieta staje u progu kamienicy przy ulicy Gwiaździstej na krakowskich Dębnikach, wraz z półrocznymi bliźniakami - Basią i Jasiem - oraz ekipą przeprowadzkową. Zuzanna Lorenc utalentowana pianistka światowej sławy pod wpływem pewnych okoliczności musiała wrócić do kraju i ułożyć sobie życie na nowo. Nie znajdując wsparcia w swojej matce, zwraca się o pomoc do swojego ojczyma – artysty i architekta – profesora Stanisławskiego, który to oferuje jej mieszkanie w owej kamienicy. Zuzanna od razu poznaje niesforną sąsiadkę imieniem Miranda, która to opowiada co i jak tutaj wygląda oraz streszcza pokrótce mieszkańców kamienicy. A są to:

*Pan Nowacki – zadzierający nosa posiadacz sieci restauracji, którego opuściła żona;

*Klara Pieniążkiewicz – emerytowana artystka, żyjąca w swoim zamkniętym świecie, uważana przez innych za sfiksowaną staruszkę;

*Państwo Olesińscy – małżeństwo nadętych pracowników korporacji, żona tyranka i podporządkowany mąż;

*I wreszcie rodzina, w której wszystkie kobiety noszą imiona zaczerpnięte z szekspirowskich dramatów : Sylwia- seniorka rodu, schorowana lecz mimo to pełna pogody ducha kobieta; Ofelia – starsza córka Sylwii, kobieta zaborcza, nie dogadująca się zbytnio z rodziną; Helena – młodsza córka Sylwii, wulkan energii, kobieta o wielu pasjach i przygodach; oraz najmłodsza z nich Miranda – córka Ofelii, młoda kobieta charakterem bardzo przypominająca swoją ciotkę Helenę.

Zuzanna bardzo zaprzyjaźnia się z ową sfeminizowaną rodziną, często spotykają się i mają w sobie ogromne wsparcie. Niestety reszta sąsiadów nie jest równie przychylna.

Mieszkańcy kamienicy na samym początku książki otrzymują listy od notariusza z zawiadomieniem, że muszą wszyscy stawić się na spotkanie. Niczego jednak nie mają wyjaśnionego i wszyscy snują domysły, że odnalazł się prawowity właściciel, który zapewne będzie chciał wyrzucić ich na bruk. Głównie wokół tego toczy się cała książka.

Wiele rzeczy nie pasuje mi w tej powieści. Kompletnie nie potrafiłam poczuć więzi z główną bohaterką – Zuzanną. Była dla mnie nijaka, zajmująca się często mało ważnymi problemami. Denerwowało mnie ciągłe rozpisywanie się autorki o czynnościach przy dzieciach. Co chwilę gdy była jakaś ciekawsza scena, psuła ona ją natrętnym wypisywaniem: umyłam rączki dla Basi i Jasia; zrobiłam zupkę dla Basi i Jasia; dałam jabłuszko dla Basi a marchewkę dla Jasia, itp. Rozumiem, że próbowała jakoś wpleść te dzieci w historię, ale to było tak strasznie męczące i denerwujące, że mam wrażenie, iż autorka wplatała to, tylko po to, aby książka była dłuższa, tak jak i wiele innych nie potrzebnych przeciągnięć. Gdyby wyrzucić z książki te wszystkie męczące momenty, myślę, że spokojnie zamknęłaby się ona w max 150 stronach, gdy w rzeczywistości było ich 450.

Nie podobało mi się również to, że pewne zachowania zawarte tu nie były do końca realne. Nie oszukujmy się, niestety żyjemy w takich czasach, że coraz rzadziej zdarza się nam otrzymywać lub udzielać bezinteresownej pomocy, szczególnie sąsiadom. Wolimy raczej nie wtrącać się w ich sprawy i oczekujemy od nich tego samego. Tutaj natomiast po wprowadzeniu się Zuzanny od razu (szczególnie Miranda i Helena) spieszą z pomocą, od tak gwarantują opiekę nad jej dziećmi oraz we wszystkim od razu ją wspierają. I patrząc z drugiej strony, Zuzanna od razu po zapoznaniu od tak zostawia swoje małe dzieci pod opieką sąsiadek, o których tak naprawdę nic nie wie. Nie wydaję mi się to zbytnio realne…

Można powiedzieć, że drugą główną bohaterką jest Helena, ponieważ było również parę rozdziałów pisanych z jej perspektywy i moim zdaniem były to najlepsze momenty książki, szczególne sceny Heleny wraz z Mikołajem. Uważam, że książka byłaby o wiele lepsza gdyby historia w niej opisana była w całości przedstawiona właśnie ze strony Heleny.

Wiele było tutaj nawiązań do wojny, stanu wojennego, konspiracji, Polaków walczących z ciemiężcami, ofiar komunizmu jak i oprawców, te sceny również są moim zdaniem na ogromny plus książki, ponieważ zostały przedstawione prawdziwie i ciekawie.

Poza tym książka była raczej nudna. Tak naprawdę dopiero jakieś ostatnie sto stron zaczęło się robić ciekawe. Były tutaj dobre momenty, ale tak naprawdę odnosiłam  wrażanie, że powieść miała ogromny potencjał na stanie się ciepłą i przyjemną opowieścią o ludziach i prawdziwym życiu, jednak nie został on w pełni wykorzystany, a wręcz troszkę zmarnowany. Mimo to, była ona napisana przystępnym językiem i czytało ją się bardzo szybko i to co mi się spodobało, to fakt, że znalazłam tu parę myśli wartych przytoczenia:

"Zła energia niszczy wszystko, z czym się styka, zarażając swoim jadem."

"To, z kim zetkniemy się w kluczowym momencie, ma znaczenie i na wielu sprawach może zaważyć."

"Trzeba umieć wybierać. Niewykorzystana możliwość nie wraca, ale na pewno pojawia się kolejna, w innym momencie."

"W dzisiejszych czasach, gdy wszystko toczy się tak szybko, a ludzie żyją w pośpiechu, nikt nie znajduje czasu na chwilę refleksji."

"Od końca wojny upłynęło wiele czasu, urodziły się już trzy pokolenia, które jej nie pamiętają. Znakomicie, że mogą żyć w pokoju. Ale to nieco stępia naszą wrażliwość na ludzi i ich ból – obcy i poniekąd niezrozumiały…"

"Wszystko w życiu zależy od przypadkowo wybranej ścieżki. Często w ogóle nie wiesz, dlaczego podążasz w tym kierunku, a nie innym, wybierasz intuicyjnie, kierujesz się emocjami, a to decyduje o całym twoim dalszym życiu."

Uff, znowu się rozpisałam, ale mam nadzieję, że jest ktoś, kto doczyta tę recenzję do końca. 😊 Mnie książka pomimo swoich dobrych momentów nie porwała, ale mimo wszystko wierzę, że kogoś może ona zainteresować.

Treść książki: 5,5/10
Jakość książki: Pomijając samą treść, książka napisana jest dobrym, przystępnym językiem.
Pozostawione emocje: Niedosyt, nuda
Uwagi: W momencie skończenia książki, dowiedziałam się, że nie jest to jedyna, ale dopiero pierwsza część, a druga będzie miała swoją premierę 17.10.18r. Jeszcze nie jestem w stu procentach pewna, ale chyba nie sięgnę po nią, nawet z czystej ciekawości.

piątek, 5 października 2018

4. Dożywocie / Kara czy nagroda?



Ciąg dalszy recenzji polskich autorów. Tym razem czas na Martę Kisiel i jej „Dożywocie”. Marta Kisiel przez fanów nazywana Ałtorką, jest z pewnością bardzo dobrą pisarką i ma niekwestionowany świetny humor. „Dożywocie” przewijało się na wielu blogach i booktubie już od dawna, od dawna też chciałam je przeczytać. Miałam duże oczekiwania co do tej książki i gdy w końcu ją dorwałam, trochę się na niej zawiodłam… Ale po kolei.

Historia zaczyna się w momencie gdy Konrad – pisarz z Warszawy, jedzie poza miasto, aby odziedziczyć dom, który otrzymał w spadku, po kimś kogo nawet nie znał, a okazał się być jego jedynym krewnym. Podróż od samego początku nie jest usłana różami i daje sygnał, że to nie jest dobry pomysł aby tam jechać, lecz Konrad ignoruje to przeczucie i jedzie dalej, tzn. powiedzmy, że jedzie, ponieważ niedaleko od celu jego wierne Tico odmawia posłuszeństwa i dalszą drogę pokonuje pieszo. Gdy dociera pod swój nowy dom, staje w osłupieniu. Dom ceglany z koślawą przybudówką i gotycką wieżyczką rodem z horroru nie jest tym czego się spodziewał. Od razu poznaję Szymona Kusego, który to zajmuje się Lichotką – bo tak nazywa się ów domiszcze – pod nieobecność właściciela. Po przyciągnięciu Tico i jako takim rozgoszczeniu się w domu na Konrada spadają jak grom z jasnego nieba straszne wieści o dożywotnikach Lichotki. 

Okazuje się, że w pakiecie z domem otrzymuje:
  1. 1 zasmarkanego Anioła Stróża, maniaka sprzątania i miłośnika noszenia różowych bamboszków – imieniem Licho 
  2. 1 nieszczęsną duszę panicza Szczęsnego, seryjnego samobójcę, poetę i mistrza haftu krzyżykowego
  3. 1 kotkę z piekła rodem, uzbrojoną w 4 kły i 18 pazurów – imieniem Zmora 
  4. 1 wściekle fioletowego, genialnego kucharza wprost z odmętów oceanu, zaopatrzonego w osiem macek – imieniem Krakers
  5. Utopce, które zawsze przebywają nie w tej łazience co trzeba
  6. I po pewnym czasie sam dokłada sobie do pakietu wściekle różowy i wściekle puchaty orkan zagłady pod postacią małego króliczka – imieniem Rudolf Valentino

Konrad po wewnętrznych rozterkach postanawia jednak wyremontować  Lichotkę i w niej zamieszkać. W między czasie przeżywa wraz z Dożywotnikami wiele zabawnych i bolesnych dla niego sytuacji. Między innymi:
  • Połamanie kilku żeber i stłuczenie Konradowej głowy przez ADHD różowego orkanu zagłady.
  • Nieszczęsne widmo upijające zasmarkanego Anioła Stróża butelką wiśniówki.
  • Niejednokrotne stłuczenia macek, skrzydeł i wszelakich przedmiotów użytku domowego.
  • Anioła Stróża szukającego w Internecie odpowiedzi na pytanie „Skąd się biorą żony?”
  • Seksowne majteczki w rozmiarze XXL
  • Yorka wierzącego, że w poprzednim wcieleniu był Bernardynem.
  • Pierwszy raz 217-letniego widma.
Oraz wiele, wiele innych zabawnych przygód.

Książka pod względem humorystycznych jest genialna, czytając ją uśmiech praktycznie nie schodził mi z twarzy. Ludzie w autobusie dziwnie się na mnie patrzyli, gdy raz po raz próbowałam stłumić przy niej śmiech. Jednak podchodząc do „Dożywocia”  nastawiłam się na coś odrobinkę innego. Myślałam, że będzie tu jakoś konkretny cel i konkretne działania dążące do tego celu, trochę się pomyliłam, ponieważ można powiedzieć, że jest to zbiór różnych historyjek przydarzających się mieszkańcom Lichotki bez jakiegoś głównego wątku. Na początku trochę mi to przeszkadzało, ale później geniusz humorystyczny Pani Kisiel wziął górę i pogodziłam się z tym, że to tylko, lub aż zbiór przezabawnych historyjek.

Treść książki: 9/10
Jakość książki: genialna na poprawę humoru
Pozostawione emocje: radość i miłość do Krakersa. <3
Uwagi: Niedługo biorę się za czytanie drugiej części.


piątek, 28 września 2018

3. Szamanka od umarlaków – Ida ma Pecha.



Czy wiecie jak to jest być nieidealnym dzieckiem idealnej rodziny? Czy wiecie jak to jest mieć całe życie pod górkę? Gdy z nawet pozornie pozytywnych rzeczy wychodzi niezły klops? Ida to wie, ponieważ Ida ma Pecha. Albo Pech ma Idę.

Przychodzę do Was z kolejną recenzją, mianowicie z „Szamanką od umarlaków” – Martyny Raduchowskiej. Jest to kolejna już książka, polskiej autorki, która mnie zachwyciła. Zarówno jej fabuła jak i styl w jakim utrzymana jest książka jest bardzo przyjemny, a na dodatek przezabawny.

Ida Brzezińska jest czarną owcą. Urodziła się w starym i szanowanym rodzie potężnych czarownic i czarowników, jednakże od początku związany był z nią Pech, który zaszydził sobie z niej i postanowił, że mimo tak znakomitego rodowodu Ida nie otrzyma zdolności władania czarami. Pech zagwarantował jej natomiast inną umiejętność – Ida widzi zmarłych. Mało tego, ma ona pomagać zmarłym w załatwieniu niedokończonych spraw i przejściu na drugą stronę. Bohaterka dowiaduje się o tym mając kilka lat, skrzętnie jednak ukrywa to przed rodzicami i całym światem, ponieważ nie chce wyjść na dziwaka. Rodzicom wpiera cały czas, że nie posiada żadnych nadnaturalnych zdolności, ku ich ubolewaniu. Chcą oni wysłać córkę do Wrocławia do ciotki, aby ta zajęła się nią i pomogła rozwinąć w niej umiejętności medium. Ida ma inny plan. Chce żyć własnym normalnym życiem. Chce wyjechać do Wrocławia na studia, zamieszkać w akademiku i przeżywać problemy i zmartwienia typowej, niemagicznej młodej kobiety. Jak postanawia tak też robi, z tym że nie do końca jej się to udaje. Ida ucieka z domu i zamieszkuje w akademiku. Wcześniej jednak będąc w szpitalu widzi Umarlaka – młodego mężczyznę, zakrwawionego, bez oka. Nie wie wtedy jeszcze, że ten mężczyzna zmieni całe jej życie. W akademiku już od pierwszego dnia Pech działa na Idę. Trafia ona do pokoju, w którym zmarła dziewczyna i która cały czas pokazuje się Idzie pod postacią harpi. Jednak to nie koniec problemów. Dziewczyna jest bardzo silną Szamanką, ale bez odpowiedniego przeszkolenia jest jak latarnia morska przywołująca truposzów do siebie. Nie jest w stanie sobie z tym poradzić i trafia do swojej ciotki, u której miała się zjawić od samego początku. I tu zaczyna się jej przygoda.

Ciotka Tekla bierze pod skrzydła młodą siostrzenicę i próbuję ją nauczyć wszystkiego co jest niezbędne zarówno dla medium jak i dla szamanki od umarlaków, pomaga jej w tym dom, który żyje i jest w pełni podporządkowany starej właścicielce. Ida zmaga się nie tylko z szaloną ciotką ale również z nie do końca wymarzonym, samodzielnym życiem. Mijają niesforne miesiące, w których Ida stara się pogodzić życie studenckie z lekcjami prowadzonymi przez ciotkę. Spokój kończy się w momencie gdy Ida widzi swojego Jednookiego truposza. Z tym że już, a raczej jeszcze nie Jednookiego i tym bardziej jeszcze nie truposza. Wie, że widząc wcześniej jakiegokolwiek truposza nie może ingerować w jego życie i tym bardziej nie może próbować go ratować. Skoro ktoś jej się ukazał, to znaczy, że skończy jako trup i koniec kropka. Łatwiej jest jednak pomóc trupowi, o którym choć trochę się wie, więc postanawia wynająć mieszkanie w kamienicy, w której żyje domniemany truposz Mikołaj i śledzić go. W pakiecie z pokojem dostaje troje duchów – niezłomną Milenkę, niedostępnego Ducha i wiecznie przestraszoną Różyczkę, którzy to są prowodyrami wielu przezabawnych momentów.

Dalsze losy książki toczą się wokół Idy wkradającej się do życia Mikołaja i jego żony Karoliny. Co dzieje się w trakcie? Jak to się skończy? Czy Idzie uda się doprowadzić do szczęśliwego zakończenia? A może to co miało być szczęśliwym zakończeniem okaże się strasznym początkiem? Sięgnijcie po „Szamankę od umarlaków” a poznacie odpowiedzi na te i inne pytana, a przy tym wszystkim będziecie świetnie się bawić.

Książka jak dla mnie jest bardzo dobra. Lekka, przyjemnie i bardzo szybko się czyta, jedynie pod koniec trochę mi się dłużyła, mimo tego pochłonęłam ją w dwa wieczory. Nie brakuje w niej momentów, przy których płakałam ze śmiechu ale były również momenty, w których serce zaczynało mi szybciej bić ze strachu. Książka ta jest idealną odskocznią od szarej rzeczywistości. 

Nie brak w niej również pięknych ilustracji. 


Polecam ją wszystkim razem i każdemu z osobna.

Treść książki: 9/10
Jakość: polecam zarówno młodszym jak i starszym czytelnikom
Pozostawione emocje: radość
Uwagi: Niedługo biorę się za czytanie drugiej części, więc spodziewajcie się za jakiś czas recenzji. :)

sobota, 22 września 2018

2. Tak jak mówiłem… / Tak jak mówiłam.



Tak jak mówiłam, przychodzę do Was z kolejną recenzją, tym razem z zupełnie innej bajki niż poprzednio.

Czy macie czasem tak, że coś was cholernie drażni w świecie, polityce, kraju, czy nawet wśród członków własnej rodziny? Czy macie tak, że chcecie się komuś wyżalić, poskarżyć, czy zaproponować własne rozwiązanie? Ja tak mam bardzo często i znalazłam osobę, która również to ma i mało tego że ma, to także dzieli się swoimi przemyśleniami z milionami fanów – mowa nie o kim innym, jak o Jeremym Clarksonie. Ludzie na całym świecie znają go jako zabawnego, aroganckiego, zwariowanego, czasem gburowatego, wiecznie młodego duchem, jednego z prowadzących najpopularniejszy program motoryzacyjny na świecie – TopGear. Nie wszyscy jednak wiedzą, że poza tym Jeremy ma na swoim koncie sporo książek, w których wypowiada się na wiele różnych tematów.

Mowa będzie o jednej części z serii „Świat według Clarksona” – „Tak jak mówiłem…”. Książka ta jest w rzeczywistości zbiorem felietonów o przeróżnej tematyce, od pomysłu jak powinna wyglądać nowa flaga Wielkiej Brytanii, do konkluzji jak z wieszaka zrobić wykrywacz idiotów.

Książka rozpoczyna się w momencie gdy stacja BBC nie chce kontynuować współpracy z Clarksonem, a więc zostaje on bez pracy. Przez pierwszy tydzień hula po barach, później jednak uświadamia sobie, że nie może tak spędzić reszty swojego życia, bierze się w garść i postanawia… że od teraz będzie robić program o rolnictwie, na szczęście jednak nie udaje mu się to. Dostawał później wiele propozycji prowadzenia programów za granicą, w krajach takich jak Francja czy Rosja. Zdecydował się jednak, że przy wsparciu współprowadzących Top Gear i jednocześnie swoich przyjaciół – Richarda Hammonda i Jamesa Maya, poszukają szczęścia poza granicami Zjednoczonego Królestwa, mianowicie w Ameryce. {Po wielu perypetiach i trudnościach dostają własny program. Top Gear w wersji amerykańskiej – The Grand Tour, czyli w zasadzie robią to samo tylko że pod inną nazwą i pod innym kierownictwem.}-(Tego nie dowiadujemy się z książki). Taki jest wstęp, dalej Clarkson opisuje już historie i przemyślenia na temat różnych wydarzeń zarówno ze swojej przeszłości jak i teraźniejszości.

  • Chcecie wiedzieć dlaczego niedźwiedzie polarne powinny ustąpić miejsca na biegunie północnym dla ludzi? – Przeczytajcie „Tak jak mówiłem…”.


  • Chcecie wiedzieć dlaczego z wieszaka na ubrania można zrobić wykrywacz idiotów? – Przeczytajcie „Tak jak mówiłem…”.


  • Chcecie wiedzieć dlaczego jazda na rowerze nie jest zwykłą jazdą, a manifestem poglądów politycznych? – Przeczytajcie „Tak jak mówiłem…”


  • Chcecie wiedzieć dlaczego młodzi ludzie po szkole zamiast zająć się zwykłą, źle płatną pracą powinni robić napady na urzędy pocztowe? – Przeczytajcie „Tak jak mówiłem…”


  • Chcecie wiedzieć jak można dorobić się milionów kłamiąc o wynikach matury? – Przeczytajcie „Tak jak mówiłem…”.


To tylko nieliczne tematy z poruszanych przez autora w swojej książce. Znajdziecie tu receptę na wiele problemów zarówno, prywatnych jak i społecznych; dużych jak i małych; tych domowych i tych na skalę globalną; a przy tym wszystkim w wielu momentach uśmiejecie się do łez. Nie jest to książka, którą czyta się od deski do deski, jest to książka, która umili wiele wieczorów. Jest idealnym rozwiązaniem, na nadchodzące jesienne ponure wieczory i na rozwianie jesiennej depresji. Z całego serca polecam tę książkę każdemu, nie tylko fanom motoryzacji czy samego Clarksona. Jest ona miłą odskocznią od cięższych, poważniejszych lektur.

Uff, tym razem udało się skończyć szybciej niż poprzednio i może nie zanudzę każdego. Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej ciekawych rzeczy lub po prostu szukacie czegoś przy czym odpoczniecie i uśmiejecie się – sięgnijcie po „Tak jak mówiłem…”. 😀

Treść książki: 10/10.
Jakość: polecam każdemu.
Pozostawione emocje: radość – śmiech przez większość książki. 😀
Uwagi: Oby więcej takich książek.

czwartek, 20 września 2018

1. Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie? – czyli okrucieństwo pod pretekstem pomocy / Mój początek.



Cześć wszystkim, jestem Justyna. Od wielu lat przybierałam się do założenia bloga, choć do tej pory jakoś mi to nie wyszło. Ostatnio jednak wpadła mi w ręce książka, która skłoniła mnie, aby wypowiedzieć się na forum szerszym, niż wśród znajomych. To jest mój początek, kompletnie nie znam się na blogowaniu jaki i recenzowaniu, ale tak więc o to przedstawiam wam recenzję i zarówno wyraz oburzenia na temat książki i polskiej rzeczywistości.

Od jakiegoś czasu na wielu forach przewijała się książka, a właściwie reportaż, mojej imienniczki  Justyny Kopińskiej „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?”. Nie jestem osobą gorliwie wierzącą. Można powiedzieć, że podchodzę do wiary w zupełnie inny sposób niż większość ludzi, nie mniej jednak zaciekawiła mnie ona. Czytałam sporo opinii, że wiele osób nie dało rady doczytać jej do końca, to w  jakiś sposób zaciekawiło mnie i zachęciło do sięgnięcia po nią. Ucieszyłam się więc, gdy ostatnio będąc w sklepie wpadła mi w ręce. Wróciłam do domu i od razu wzięłam się do czytania.

Zacznę od treści. Nie mam pojęcia jak można być takim potworem?! Zakonnice, osoby gorliwie wierzące, będące uosobieniem dobroci, pomocy i pokory, a sprawiły piekło wielu nieszczęsnym dzieciom i pośrednio przyczyniły się do przestępstw popełnianych przez te dzieci. Książka „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadecie?” jak już wspomniałam jest reportażem, który sporządziła Justyna Kopińska na temat sprawy, która wzbudzała i pomimo upływu tylu lat dalej wzbudza wiele skrajnych emocji. Niektórzy oczekują publicznego linczu na tytułowej Bernadetcie a inni twierdzą, że w jej zachowaniu nie było nic złego, a wręcz przeciwnie – że jej zachowanie było jak najbardziej słuszne. Siostra Bernadeta, a tak naprawdę Agnieszka F. była siostrą dyrektor w Ośrodku Wychowawczym prowadzonym przez Zgromadzenie Sióstr Boromeuszek w Zabrzu, choć nie uważam, że słowo „wychowawczy” jest adekwatny do wydarzeń jakie tam miały miejsce. Ośrodek Wychowawczy, który stał się więzieniem, „wylęgarnią zła” i prywatnym piekłem dla wielu dzieci, na zewnątrz był postrzegany jako dobrze funkcjonująca placówka pomagająca dzieciom, zabranym z patologicznych rodzin, w przetrwaniu, zdobywająca nagrody i publiczne uznanie. Nikt nie zdawał sobie sprawy jakie okropności działy się za murami ośrodka, a ci którzy coś podejrzewali, nie chcieli i bali się sprzeciwiać osobom duchownym.

W 2006 roku z pozoru niezwiązana z Ośrodkiem sprawa zaginięcia 8- letniego Mateusza Domaradzkiego, była kamieniem który ruszył lawinę zarzutów wobec sióstr Boromeuszek. Ośmioletni Mateusz był grzecznym chłopcem, zawsze słuchał się rodziców, co też skutkowało tym, że rodzice pozostawiali mu dużo swobody. Pewnego styczniowego dnia Mateusz wyszedł na pobliską górkę, pozjeżdżać na sankach i nigdy więcej nie wrócił do domu. Zaniepokojeni rodzice zaalarmowali policję i straż, wiele sąsiadów pomagało w szukaniu chłopca, zostały w to zaangażowane specjalistyczne ekipy tropiące i prywatni detektywi. To była sprawa, którą przez pewien czas żyli wszyscy Polacy. Zrozpaczona matka nie dawała za wygraną, nawet gdy Mateusz został uznany za zmarłego, ona dalej nie poddawała się w poszukiwaniach. Jak to policja ma w zwyczaju, śledztwo prowadzi poprzez przepytywanie najbliższego otoczenia ofiary, tak też było i w tym przypadku. Policjanci udali się do szkoły Mateusza i tam trafili na ślad Tomasza Z. i Łukasza N., wychowanków Ośrodka Sióstr Boromeuszek,  którzy po trafieniu do więzienia, za próbę gwałtu na 12- latce, przyznali się do gwałtu i zabójstwa Mateusza, oraz do molestowania wielu innych dzieci. Sprawcy jednak nie zdawali sobie sprawy z tego, że uczynili coś okrutnego, ponieważ jak wyznali, podczas ich pobytu w ośrodku to było normalne, że będąc małymi chłopcami byli gwałceni i molestowani przez starszych, a później oni sami czynili tak wobec nowych, małych chłopców. Tak też oczy policji skierowały się na rzeczony ośrodek.

Prokurator Joanna Smorczewska zajęła się sprawą, w przebiegu której wyszły na jaw okrucieństwa, których zakonnice dopuszczały się przez kilkadziesiąt lat. Ośrodek paradoksalnie mieszczący się przy ulicy Wolności był gorszy niż więzienie. Zrobiłeś coś źle – byłeś bity; powiedziałeś coś nie tak – byłeś bity; sprzeciwiłeś się zakonnicy – byłeś bity; każde zachowanie, które siostry uznały za złe było karane, co więcej dostać mogłeś nawet jeżeli niczego nie zrobisz, a zakonnica ma po prostu taki kaprys. Dzieci były bite rękoma, linijkami, wieszakami, chochlami, wszystkim co było pod ręką, a gdy same nie dawały rady, lub ktoś za bardzo im się sprzeciwiał, wyznaczały kilku silnych chłopców, który mieli „dawać nauczkę”, a w rezultacie bili i kopali, często do utraty przytomności, a zakonnice bestialsko się temu przyglądały. Mało tego, siostry stosowały wiele kar psychicznych. Uwielbiały ubliżać i poniżać wychowanków przy innych. Wyzywały od „debili”, „kurw”, „pedałów”, „niedorozwojów”, itd. Od małego wpierały im, że do niczego się nie nadają i skończą na ulicy, jako alkoholicy, narkomani lub prostytutki. Zabierały wszystko co dzieciaki dostawały z zewnątrz. Pozwalały im kąpać się i zmieniać ubrania raz w tygodniu. Gdy któreś dziecko nie chciało lub nie dało rady skończyć posiłku, siostry wpychały mu na siłę do gardła, a gdy maluch już tym zwymiotował, kazały jeść wymiociny. Jedną z najczęściej stosowanych kar było suszenie prześcieradeł. Do ośrodka trafiały nawet trzy letnie maluchy, często po dużych traumach, które nie potrafiły kontrolować swoich potrzeb i moczyły łóżko, zakonnice kazały wtedy samodzielnie prać piżamę i prześcieradło i machać nim do tej pory aż wyschnie, co było katorgą dla nastoletnich mieszkańców a co dopiero dla kilkuletnich maluchów. Siostry zamykały wychowanków w pokojach pozostawiając im (i to też, nie zawsze) wiadro do załatwiania swoich potrzep. Dzieci w towarzystwie innych, musiały załatwiać wszelakie potrzeby fizjologiczne do wiader, do szuflad lub po kątach jak zwierzęta. Bicie, poniżanie, zamykanie w izolatce, molestowanie i gwałty na młodszych dzieciach, zarówno dziewczynkach jak i chłopcach, to tylko nieliczne dramaty, jakie musieli przeżywać wychowankowie zabrzańskiego ośrodka przez tyle lat. Wielu z nich po wyjściu z ośrodka stoczyło się, zaczęło pić, brać narkotyki, molestować i dopuszczać się aktów pedofilskich na wolności, ponieważ od małego znali tylko takie zachowania. Mogłabym wypisywać tak przez następne kilkaset słów metody kar jakich dopuszczały się siostry, lecz sądzę, że tyle okrucieństwa wystarczy.
Zbieranie dowodów i proces trwał przez kilka lat. Najgorsze w tym jest, że siostra Bernadeta przez cały czas jego trwania upierała się, że ona robiła słusznie, że gdyby nie ona i jej ośrodek dzieci skończyłyby na ulicy, że powinny dziękować jej, że chciała się nimi zająć. Najokrutniejszy w tym wszystkim jest polski system karny. Siostra Bernadeta, za wszystkie okrucieństwa jakich się dopuszczała oraz za okrucieństwa na które przyzwalała innym siostrom i starszym wychowankom dostała marne dwa lata pozbawienia wolności. DWA LATA. Ludzie dostają kilkanaście lat za przekręty finansowe, a ta kobieta za zniszczenie życia i psychiki wielu dzieciom dostała marne dwa lata, a i tak odwoływała się w listach do prezydenta, żeby ze względu na zły stan zdrowia odroczyć jej wyrok całkowicie. To jest jedna wielka kpina. Taka kobieta nie zasługuję na nic innego jak kara setki razy gorsza niż te, które ona stosowała na dzieciach, a nie marne dwa lata. I tu pojawia się ostateczne pytanie Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie, innym siostrom oraz osobom, które przez tyle lat nie reagowały i pozwalały na to, żeby tuż obok nich, dzieci doznawały takich tortur? Moim zdaniem nie, ale nie mi to oceniać.

Książka bardzo mocna, dosadna, nie owijająca w bawełnę. Jestem skłonna przyznać, że nie wszyscy doczytają ją do końca. Sama miałam trudności w przeczytaniu jej na raz. Musiałam co jakiś czas przerwać aby pewne rzeczy przemyśleć. Czytając ta książka wzbudziła we mnie ogromny gniew , oburzenie i smutek. Nie powiem, że jest to dobra książka, ponieważ historia w niej zawarta jest okrutna, lecz na pewno jest to książka po którą każdy powinien sięgnąć, aby zobaczyć jakie są realia tego kraju, to jakim potworem może być człowiek oraz to, że nie zawsze człowiek jest okrutny sam z siebie, czasem to ludzie których spotyka na swojej drodze w pewien sposób zmuszają go do okrucieństwa.

To by była na tyle, jakoś dobrnęłam do końca, chociaż jest jeszcze wiele przemyśleń i faktów, którymi chciałabym się podzielić, lecz gdybym zaczęła głębiej w to wnikać rozpisałabym się tak, że nikt nie dałby rady dotrwać do końca, a więc na tym zakończę i mam nadzieję, że niedługo pojawi się nowy wpis. 😀

Na koniec każdej recenzji będę dodawała swoją subiektywną ocenę.

Treść książki: 10/10
Jakość: polecam każdemu
Pozostawione emocje: gniew, smutek, oburzenie
Uwagi: -